marca 21, 2021

Love Alarm [Netflix]

Love Alarm [Netflix]

Love Alarm

 

„Love alarm” to południowokoreański serial, którego główną bohaterką jest Kim Jojo. Dziewczyna, której życie ani nie było, ani nie jest usłane różami. Musi ona nie tylko staczać bitwę z dramatami z przeszłości, ale także radzić sobie z tymi, które dzieją się na bieżąco. Pierwszy sezon opiewa głównie wokół jej licealnego życia i miłości. W drugim natomiast przedstawione nam jest jej dorosłe życie. Jednakże, trzeba zaznaczyć, że głównym wątkiem tej produkcji jest aplikacja o takiej samej nazwie, co serial – algorytm na telefon, który aktywowany informuje użytkowników, jeśli podobają się komuś w okolicy (a w zasadzie w obrębie 10 m).

Sam pomysł tej aplikacji wydał mi się innowacyjny i nadał tej produkcji całkiem innego charakteru, bo o ile zwykłe miłostki w świecie nastolatków są już oklepane, o tyle tutaj „pikanterii” dodaje nam brzęczący dźwięk telefonu, gdy w pobliżu znajduje się ktoś, komu się podobamy. Wyobraźcie sobie zatem, że jesteście z kimś w związku, ale aplikacja nie wydaje dźwięku – czy to mógłby być test tego, czy wasze uczucia są prawdziwe? Czy faktycznie jesteście z tą drugą osobą z miłości, czy tylko po to, żeby być? I w serialu nie obchodzi się bez takich sytuacji, ale na ratunek przychodzi fakt, że można po prostu tej apki nie instalować, bądź nie uruchamiać. Niemniej jednak, czy my, mając możliwość „sprawdzenia” uczuć swojej drugiej połówki zrezygnowalibyśmy z tego? Czy tego typu program nie pomagałby znaleźć nam „prawdziwej miłości” wśród tłumu innych ludzi? Cóż. W liceum do którego uczęszcza Kim Jojo „Lovel alarm” znajduje doskonałe zastosowanie w łączeniu się w pary i przysparza także kłopotów, jeśli alarm uruchamia się dla osób tej samej płci. Dzięki temu w serialu pokazana została reakcja młodzieży na homoseksualizm. A także na to, co się dzieje, jeśli ktoś dzwoni osobie, której się nie podoba. Nastolatkowie nie tylko w koreańskich realiach potrafią być w takich sytuacjach okrutni. Spotykamy się zatem z gnębieniem oraz wyśmiewaniem – takie skutki uboczne niesie za sobą „Love alarm”. Pytanie, czy jego twórca znał konsekwencje, kiedy ją projektował. 

 

Trauma z dzieciństwa

Nad zagrożeniami i superlatywami tego typu aplikacji mogłabym rozwodzić się tutaj jeszcze długo, ale to nad fabułą i bohaterami samego serialu należałoby się bardziej pochylić. Scenarzyści bowiem postanowili przedstawić nam naprawdę niespotykaną sytuację rodzinną Kim Jojo, z powodu której jej własna rodzina ją gnębiła! Na początku serialu dowiadujemy się bowiem, iż dziewczyna nie mieszka z rodzicami, a z ciocią i kuzynką. Pomimo tego, iż jej ciotka posiada całodobowy sklep spożywczy, Kim Jojo nie ma pieniędzy praktycznie na nic – nie jada obiadów w stołówce, nie jeździ na wycieczki szkolne, nie chodzi na żadne kursy przygotowawcze do testów (co jest bardzo popularne wśród dzieci w Korei). Pracuje za to ciężko w sklepie swojej ciotki i oddaje jej wszystkie ciężko uciułane pieniądze, a resztę odkłada na hospitalizację swojej babci. Babci, która jest matką jej ciotki, a więc, czy to nie ona powinna opłacać jej leczenie? Tego niestety, ku mojemu niezadowoleniu, nikt w serialu nie wyjaśnił.

Przez to wszystko, co Kim Jojo przeszła w swoim życiu i jak jest traktowana, jest ona dosyć specyficzną bohaterką. Trochę wyobcowaną, cichą, skrytą i tajemniczą. Nikt z jej przyjaciół nie wie, że nie chodzi do Hagwonu (wcześniej wspomniane zajęcia dodatkowe), ale ona wmawia im, że tak jest. Dziewczyna nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji swoich czynów – często podejmuje decyzje, dzięki którym odsuwa od siebie ludzi. Uważa, że szczęście się jej nie należy. Całe dwa sezony serialu to smutna droga do tego, by w końcu przezwyciężyła swoje wszystkie traumy i zrozumiała, że może być szczęśliwa. Także droga do tego, by uświadomić wszystkim, że żadna aplikacja nie powinna rządzić światem i decydować o miłości. Droga do tego, by słowa „kocham Cię” odzyskały swoją moc – by bohaterowie zrozumieli, że to one są ważne, a nie piknięcie alarmu w telefonie. 

 

Czy jak aplikacja nie dzwoni, to jest to prawdziwa miłość?

Oczywiście oprócz głównej bohaterki mamy tu także dwie postacie męskie – jak to bywa w koreańskich dramach, tzw. trójkąt miłosny. Jednakże bez istotnego zdradzania fabuły nie ma co się tu nad nimi rozwodzić – są oni doskonałymi ofiarami aplikacji, co niejednokrotnie zostało pokazane w serialu. Jak można być pewnym uczuć osoby, jeśli „Love alarm” nie dzwoni? Aplikacja w ich życiu odgrywała tak dużą rolę, że często zaciemniała klarowność myślenia. Aby dowiedzieć się o tym więcej, trzeba obejrzeć oba sezony. Myślę, że każdy z Was wyrobi sobie swoje zdanie na ten temat.

W produkcji nie tylko główna bohaterka przechodzi istotną przemianę, ale także jej kuzynka. Początkowo zadufana w sobie, egoistyczna nastolatka, nienawidząca Kim Jojo, z nadejściem końcowych odcinków staje się wyrozumiałą dziewczyną. Co prawda wciąż trochę kłamliwą, ale mimo wszystko.

W ogólnym rozrachunku oceniam ten serial jako warty obejrzenia. Fabuła jest dobra i przemyślana. Nie zauważyłam większych niedociągnięć. Bohaterowie bywają irytujący, ale to już chyba domena koreańskich dram. Myślę, że kiedyś do niego wrócę, a Wam polecam zainteresować się tą produkcją, jeśli oprócz romansu, szukacie także trochę innego spojrzenia na nowe technologie. 

 

OCENA: 8/10

PS. Zapraszamy na nasz podcast, który jest dostęny na YouTube - rozmawiamy na różne tematy związane z popkulturą - wystarczy kliknąć TUTAJ.

Scarlett

lutego 06, 2021

Jezioro marzeń - Kevin Williamson

Jezioro marzeń - Kevin Williamson

 


„Jezioro marzeń” to serial o dojrzewaniu, który pierwszy raz na ekranach pojawił się w 1998 roku. Miałam wtedy cztery lata i poznałam go zdecydowanie później, a teraz postanowiłam przypomnieć sobie przygody Joey i Dawson’a. Produkcję tę zapamiętałam jako świeżą, interesującą, ale przede wszystkim emocjonującą. Jako nastolatka uwielbiałam tego typu seriale. Po tych kilkunastu latach wciąż je lubię, ale zdecydowanie zmienił się ich mój odbiór.

Zacznijmy od tego, że tekst ten dotyczył będzie wyłącznie pierwszego sezonu produkcji, ponieważ jestem na świeżo po jego obejrzeniu. Będzie on także zawierał sporo spoilerów, zatem, jeśli ktoś z Was jeszcze nie oglądał tej produkcji, raczej nie czytajcie moich wypocin. 

Po tym krótkim wstępie – przedstawmy i podsumujmy główne postacie. W pierwszym sezonie poznajemy Josephine (aka Joey), Dawson’a, Pacey’a i Jennifer (aka Jen). Każdy z nich jest inny. Pochodzi z innego środowiska i posiada inne doświadczenia życiowe. Joey i Dawson przyjaźnią się od zawsze. Ona na początku przedstawiana jest jako chłopczyca, która po śmierci mamy, mieszka z siostrą. Jej ojciec natomiast siedzi w więzieniu. Zupełnym przeciwieństwem jest rodzina Dawson’a – szczęśliwa aż do bólu i dobrze usytuowana. On nie musi martwić się o pieniądze, dorabiać na boku, a w domu ma wzór małżeństwa jak z bajki. Chłopak ten jest typem człowieka, który analizuje wszystko i to niestety aż za bardzo. Jest też bardzo niezdecydowany, co uderza mocno w późniejszych odcinkach. Jennifer natomiast, jest nastolatką z Nowego Jorku, która odesłana do małej mieściny jaką jest Capesite, ma rozpocząć swoje życie na nowo. W otoczeniu bogobojnej babci i umierającego dziadka. Dziewczyna ta nosi bagaż przeszłości na miarę miasta z którego się wywodzi – bo w Nowym Jorku żyje się szybko i intensywnie. Dorasta się także szybciej, niżeli powinno. Z kolei Pacey to syn rygorystycznego ojca, policjanta (czy to nie jest stereotyp, że policjanci są bardzo surowi wobec swojej rodziny?), który musi borykać się z mianem „czarnej owcy”. Postać ta przedstawiona jest w dosyć dziwny sposób – początkowo w ogóle nie wzbudza pozytywnych emocji. Jest arogancki, zadufany w sobie i myśli tylko o jednym. Dziewczynach i seksie. Jest to chyba jedna z niewielu postaci, którą im bardziej poznajemy, tym bardziej zaczynamy lubić. Te cztery postacie zderzają się ze sobą, wpływają na siebie i mamy historię dla nastolatków o dorastaniu, kabum.

 


Postacie te dają się lubić, pomimo że momentami ich zachowania są po prostu irytujące. Scenarzyści też za bardzo popłynęli z mądrościami, jakie wygłaszają. Nie sądzę, aby piętnastolatkowie mieli takie filozoficzne przemyślenia. Jest to głębokie, ale czasami przesadzone. Drugą kwestią jest postać Dawson’a – tego najmądrzejszego z całej paczki. Tego, który musi przemyśleć każdy swój krok i zastanawia się milion pięćset lat, czy coś zrobić, czy nie. A mimo to jest ślepy na uczucia swojej najlepszej przyjaciółki. Co jest jeszcze bardziej śmieszne – nie dociera do niego nic, pomimo iż każdy na około powtarza mu, że ona żywi do niego uczucia innego typu. NIC. NADA! Momentami miałam ochotę rzucić w telewizor pilotem. Serio. Co innego jak się czegoś nie dostrzega, a co innego, jak się słyszy prawdę i próbuje ją zakopać głęboko pod kocem. W sumie nawet nie wiadomo po co. Jeżeli scenarzyści chcieli pokazać, że Dawson po prostu nie czuje tego samego i nie chce przez to stracić swojej przyjaciółki, to coś ewidentnie im tutaj nie wyszło. I tak bawią się w kotka i myszkę przez cały sezon. Jednak nie krytykuję tych podchodów, bo wiem, że prawdziwe życie często tak właśnie wygląda. Żadne ze stron nie chce swoim wyznaniem zniszczyć długoletniej przyjaźni. Bardzo ciekawie została pokazana w tym serialu walka Joey ze swoimi uczuciami. Gra aktorska Katie Holmes na pewno była tutaj bardzo pomocna. Jej pełne zazdrości miny były bezcenne. Jednak wiecie co mnie najbardziej zdenerwowało w tym sezonie? Moment w którym Dawson uświadomił sobie, że jednak czuje coś więcej do Joey. Pomalowała się, ubrała sukienkę i nagle doznał olśnienia. Serio? Czy dziewczyna musi się stroić, żeby ktoś inny dostrzegł, że w ogóle jest… dziewczyną? Meh. No, ale przynajmniej był to punkt kulminacyjny na który chyba każdy widz czekał.

Dawson generalnie przez cały ten sezon podejmował dziwne decyzje i obrażał się o głupie rzeczy, bo na przykład, czy można mieć za złe swojej dziewczynie, że przed Tobą miała innych chłopaków? Cóż. Bohater „Jeziora marzeń” chciał chyba za partnerkę księżniczkę czystą jak kropla wody, bo nie mógł patrzeć na swoją pierwszą dziewczynę - Jennifer, jak dowiedział się prawdy o jej przeszłości. Zachowanie co najmniej słabe i podjęte pod wpływem emocji. Zatem, czy chciano go kreować na typ analityka, czy wręcz przeciwnie? Mamy tutaj ciekawą sprzeczność w przedstawieniu postaci. Jen sama w sobie też nie pokazała się z najlepszej strony. Zerwała z Dawsonem tylko po to, żeby po kilku odcinkach (kiedy on oczywiście już przestał coś do niej czuć) zdać sobie sprawę, że popełniła błąd. Upsi. Swoją drogą, jeszcze będąc w związku z D, kiedy pojawił się jej były chłopak, wykazywała się tak skrajnym niezdecydowaniem, że nawet nie potrafiła określić czego chce.

Czy tak wygląda życie? Cóż, może. W niektórych przypadkach na pewno i nie krytykuję tutaj tego serialu za to, co przedstawiłam powyżej – po prostu są to kwestie, które mnie irytowały. Jednak mimo wszystko oglądałam dalej, ponieważ serial ten przedstawia bardzo wiele ciekawych i ważnych kwestii, a ponadto jest uroczy.

Cała akcja dzieje się w małym, amerykańskim miasteczku, gdzie wszyscy się znają, więc niewiele da się ukryć. Przedstawiane nam są tutaj nie tylko problemy związane z dojrzewaniem, ale także te społeczne. Siostra Joey jest w ciąży z ciemnoskórym mężczyzną. Dodatkowo, żyją na kocią łapę. W takiej mieścinie jest to nie do pomyślenia. Mieszkańcy wykazują się brakiem tolerancji, momentami wręcz rasizmem. Sama Joey spotyka się z niesprawiedliwością z tym związaną. Co więcej, jest napiętnowana z powodu tego, iż jej tata siedzi w więzieniu.

Mamy także zdradę i reakcję na nią oraz próby poradzenia sobie z tym. Mimo wszystko kwestia oddziaływania zdrady jednego z rodziców, na dziecko, została potraktowana trochę powierzchownie. Wspomniano ją i pokazano przez zaledwie ułamek sekundy. Moim zdaniem mogli pociągnąć dłużej ten wątek. W końcu to nie jest raczej tak, że dziecko od razu pogodzi się z takim faktem i wszystko będzie w porządku. A tutaj odłożono to na dalszy plan i hej, lećmy dalej. Początkowo nawet myślałam, że ucięli wątek i o rozterkach rodziców też nic nie powiedzą. Niemniej jednak coś tam się jeszcze działo.

Pojawia się też kwestia wiary w Boga i może trochę nawet narzucanie innym swoich przekonań. Mianowicie babcia Jen była głęboko wierzącą katoliczką, a jej wnuczka już niekoniecznie. Pomimo tego, że starsza Pani ostentacyjnie próbowała przekonać ją, że Bóg istnieje i powinna zacząć chodzić z nią do niedzielnej szkółki, jest to postać, którą lubię najbardziej. Wiem, że brzmi to dziwnie, bo nie jest to nawet główna postać, ale mimo wszystko wzbudza bardzo pozytywne emocje.

Powyższe wątki uznać można za najważniejsze, ale pojawiają się także te związane z nękaniem w szkole – rozpowiadaniem plotek na czyiś temat. Przekonujemy się jak bardzo okrutni potrafią być wobec siebie nastolatkowie i jest to niestety smutna prawda. Nawet w realnym życiu słyszeć możemy o podobnych sytuacjach. Z plotkami wiąże się także kwestia romansu nauczycielki z uczniem – pomijam już fakt, że mogli ten schemat wprowadzić w późniejszych sezonach, a nie kiedy uczniowie mają po piętnaście lat (bo jest to trochę niesmaczne i mało realistyczne). Wątek ten miał na celu poruszyć problem i jego konsekwencje, co zostało pokazane w dobry sposób. 

 


Podsumowując, „Jezioro marzeń” to serial któremu nie brakuje absurdów, ale porusza ważne kwestie społeczne, a także przedstawia proces dojrzewania nastolatków. Ich pierwsze miłości, zmagania się z nieznanymi uczuciami. Pierwsze zbliżenia i odkrywanie sfery intymności. Pokazuje również próby zrozumienia świata umysłem świeżym i nieskażonym, a zarazem jak wygląda życie w małej mieścinie.

Jest to idealna propozycja na leniwe, długie wieczory. W sam raz, aby się zrelaksować. Na pewno będę oglądała dalej i zapewne także podzielę się z Wami moimi przemyśleniami.

 Scarlett

stycznia 06, 2021

Chilling Adventures of Sabrina Part 4 [Netflix]

Chilling Adventures of Sabrina Part 4 [Netflix]

 

Chilling Adventures of Sabrina Part 4

W weekend wraz z Iron Magda z bloga Insygnie Nieskończoności miałam okazję obejrzeć najnowszy sezon Chilling Adventures of Sabrina (czekałam na niego z zapartym tchem!) i o ile pierwsze trzy sezony naprawdę mnie urzekły, o tyle na tym, marzyłam, aby się skończył. Przygody mrocznej wersji Sabriny Spellman od samego początku były inne od wszystkiego, co znam. Czwarty sezon miał być zwieńczeniem serii, dość niezamierzonym, ale jednak pokładane były w nim spore nadzieje. Tymczasem, otrzymaliśmy coś bardzo przeciętnego. Coś, co nie odpowiada na pytania, a zadaje ich jeszcze więcej. 

 

Prawdziwy Chaos

Zacznijmy jednak od początku – o czym miał być czwarty sezon? O walce z wielkimi koszmarami, które od samego początku zsyłał na świat Blackwood. Sabrina wraz z przyjaciółmi jak zwykle miała je pokonywać. Schemat prosty i niemal tak samo banalnie rozwiązany przez scenarzystów jak brzmi. Otrzymaliśmy osiem koszmarów, po jednym na każdy odcinek, co zdecydowanie nikomu nie wyszło na dobre. Zło pojawiało się na początku odcinka, żeby po chwili zostać poskromione w tak beznadziejny sposób, aby nie pozostawić w naszych głowach, ani śladu pamięci po sobie. Serio. Oglądałam to zaledwie kilka dni temu, a dobrze pamiętam tylko niektóre z tych złowieszczych, wydawać by się mogło niezniszczalnych, postaci.

Przez to, cały serial jest nierówny. W jednej chwili mamy szybką akcję, żeby potem zgasła jak płomień świecy przy lekkim przeciągu. Można odnieść wrażenie, że scenarzyści chcieli zawrzeć w jednym sezonie wszystkie swoje pomysły, bo przecież nie będą mieli okazji już ich zrealizować. Niestety, zamysł może i był dobry (zdecydowanie, gdyby rozciągnąć to wszystko w czasie, wyszłoby dużo lepiej), ale spełzł na panewce. 

 

Zmarnowany potencjał

Za najlepszy fabularnie odcinek uznać można drugi i siódmy, jednak też nie były one pozbawione absurdów i urwanych wątków. Scenarzyści bowiem otwierali przed nami drzwi, których później nie mieli zamiaru zamykać, a wręcz o nich zapominali. Tym samym, niestety nie dowiemy się nic więcej o Lilith, ani o Lucyferze. Mimo iż ich historia zasługiwała na zdecydowanie bardziej barwny koniec, a już na pewno bardziej rozwinięty. W całym serialu, wielu kwestii możemy się jedynie domyślać, czytać między wierszami.

Bohaterowie ogólnie zostali bardzo w tym sezonie pokrzywdzeni. Charakter Nick’a został tak spłaszczony, że w sumie jedyne czym się wyróżnia to fajtłapowatością w rozwiązywaniu misji i jest to w zasadzie także jedyny ciekawy, wywołujący jakiekolwiek emocje, wątek z jego udziałem. Jednak czy takiego Nick’a poznaliśmy wcześniej? Oczywiście, że nie! Nie dowiemy się w tej części również niczego więcej o przyjaciołach Sabriny, mimo tego, iż w poprzednich sezonach przecież brylowali. W tym, potraktowani zostali bardzo po macoszemu – „ i to powinno widzom wystarczyć”. Dostajemy w twarz wieloma informacjami z nimi związanymi, z których nic nie wynika. Tak jakby scenarzyści chcieli nam rzucić kawałek mięsa dla zaspokojenia głodu, a potem machnąć na nas ręką.

Podsumowując, w czwartym sezonie mamy zatem zlepek walk z różnymi ciemnymi mocami, które zostają pokonane zbyt łatwo i szybko. Mamy także nijakich bohaterów, zarzucone haczyki i niedokończone historie. Wplecione absurdalne wątki i wielką wyrwę w sercu po serialu, który miał potencjał, a stoczył się na dno. I tyle.

Uwielbiałam Chilling Adventures of Sabrina i nadal tak jest, ale na czwarty sezon spuśćmy zasłonę milczenia. 

 

OCENA: 4/10

Scarlett

grudnia 08, 2020

Moja walka o każdy metr - Thomas Morgenstern

Moja walka o każdy metr - Thomas Morgenstern

Moja walka o każdy metr - Thomas Morgenstern

 

Wirtualne Targi Książki w Empiku były strasznym czasem, kiedy dochodziło między nami do spięć związanych z zakupami. Bo o ile dla mnie ich fakt był czymś oczywistym, tak Scarlett do tego pomysłu nie była aż tak przekonana. Impulsem do przekucia słów w czyny był Saturnin i promocja wydawnictwa SQN (druga książka 50% taniej). Tym sposobem na mojej półce wylądowało kilka pozycji tego wydawnictwa, a wśród nich „Moja walka o każdy metr” Thomasa Morgensterna.

Dla tych, którzy tego Pana nie znają, krótka notka – to taki austriacki Adam Małysz. Jak ktoś tego sympatycznego Pana z wąsem nie kojarzy… Cóż, cytując Moksa „Od dzisiaj, może mi się Pan nie kłaniać!” („Vabank 2, czyli riposta”). Thomas Morgenstern w świecie skoków osiągnął absolutne szczyty – mistrz olimpijski z Turynu, zdobywca Kryształowej Kuli za Puchar Świata, wielokrotny mistrz świata, tryumfator Turnieju Czterech Skoczni – słowem, skoczek kompletny. Jako że jego kariera niemal idealnie pokryła się z okresem największego zainteresowania skokami z mojej strony… Pamiętam go głównie jako króla najpoważniejszych upadków. Jego kariera to klamra, którą otwiera potężny upadek w Kuusamo z 2005 roku, a zamyka przerażający wypadek na skoczni Kulm w Austrii z 2014 roku. Nagła i dość niespodziewana decyzja o zakończeniu kariery we wrześniu 2014 roku była konsekwencją tego ostatniego. 

 

Coś więcej niż tylko opis kariery

Sięgając po tę książkę spodziewałem się usłyszeć w niej delikatny przeplot głosów: oczekiwałem, że narratorem będzie Thomas Morgenstern, wybitny austriacki skoczek narciarski, ale że swoje trzy grosze wtrąci tam również Thomas Morgenstern, Austriak z Karyntii, ojciec Lilly. Tymczasem odniosłem wrażenie, że było nieco odwrotnie: to ten Austriak był narratorem, a swoje trzy groszy w tę historię wtrącał skoczek. Z jednej strony… To dobrze, bo często oglądając zawody sportowe zapominamy, że to tylko ludzie i widzimy w sportowcach niezniszczalne maszyny, gotowe do najwyższych poświęceń aby zdobyć upragniony medal. Zapominamy, że tak jak my, oni mają swoje problemy osobiste, mają (albo chociaż próbują mieć) swoje życie. Przecież Cristiano Ronaldo, oprócz tego że jest wybitnym piłkarzem, kiedy schodzi z boiska chciałby mieć te pięć minut dla siebie.

Ale jednak z drugiej, mam wrażenie że książka miała być dla Morgiego pewnego rodzaju rozliczeniem z przeszłością. Czytając kolejne rozdziały, bardzo często przewijał się tam temat jego bardzo głośnego rozstania z ówczesną partnerką (które, swoją drogą, albo przegapiłem, albo media w Polsce relacjonowały dość oszczędnie). Miałem mieszane uczucia czytając, że Morgi nie chciał w tamtym momencie stawić czoła temu zamieszaniu, ale z drugiej strony w książce niemal dokładnie opisał swoje relacje z tamtego okresu. Było to dość… Dziwne. To chyba właściwie słowo. 

 

Trener pod ostrzałem

Kolejnym „tematem przewodnim” jego rozliczeń jest Alexander Pointner. Legendarny już niemal trener austriackiej kadry obrywa wielokrotnie po głowie od zawodnika. Czy słusznie? Absolutnie nie mnie to oceniać, ale nie jestem do końca pewien czy na takie rzeczy jest miejsce w tego typu publikacjach.

Ale są też pozytywy! Wszystkie wątki „poboczne” wplecione są w historię jego powrotu do skoków po fatalnym upadku na treningu w 2014 roku. I to wplecione na tyle dobrze, że książkę czyta się całkiem sprawnie. Nie miałem wrażenia, jakbym skakał pomiędzy kilkoma historiami, które nie mają ze sobą wiele wspólnego, a takie publikacje w swoim życiu też czytałem. Morgi prowadzi narrację tak dobrze, że nie pamiętając czy wystąpił ostatecznie w Soczi (serio, z tamtych igrzysk zapamiętałem tylko podwójne złoto Kamila i niesamowity wyczyn „dziadka” Noriego) do samego końca nie miałem pewności, jak zakończyła się jego walka.

Mimo wszystko, uważam, że dla fanów skoków narciarskich jest to pozycja godna polecenia. Thomas prowadzi nas przez świat widziany z perspektywy belki startowej w taki sposób, że osobiście nabrałem nieco więcej respektu dla tych gości. Te 5 czy 7 sekund w powietrzu poprzedzone jest tygodniami ciężkich treningów, nie tylko fizycznych. Skoki to jedna z tych dyscyplin sportowych, gdzie głowa niejednokrotnie jest ważniejsza niż cała reszta. Więcej Wam już nie powiem. 

 

OCENA 6/10

 

„Moja walka o każdy metr”
Thomas Morgenstern
tł. Barbara Toczek
wyd. SQN, 2016

Książka pochodzi ze zbiorów autora

Aquarius

listopada 20, 2020

Pierwszy Rok. Czarny Mag - Rachel E. Carter

Pierwszy Rok. Czarny Mag - Rachel E. Carter

Czarny Mag
 

Czarny Mag. Pierwszy rok to początek cyklu o przygodach 15-letniej Ryiah i jej brata. Oboje marzą, aby zostać potężnymi magami, choć z innych frakcji. Aby te marzenia się ziściły muszą dostać się do Akademii Magii, która tylko stwarza pozór przyjaznej. Nadzieje na pomoc ze strony nauczycieli szybko się rozwiewają, gdy okazuje się, że miejsce to bardziej przypomina szkołę przetrwania, niż to, czego się spodziewali. Już na początku książki bohaterowie znajdują sobie przyjaciół i zyskują wrogów, czyli zdecydowanie sztampowo. Cała fabuła kręci się wokół prób dostania do Akademii, bo tak naprawdę wszyscy chętni muszą przetrwać pierwszy rok, będąc poddawanym różnym niebezpiecznym próbom. Do szkoły dostać się mogą zarówno dzieci pochodzące z arystokracji, jak i te z plebejskich rodzin, ale wiadomo kogo faworyzują nauczyciele. Zdecydowanie nie wzbudzają oni w książce sympatii, a już w ogóle sam Dyrektor. Pozycja ta porównywana była wielokrotnie do Harry’ego Potter’a – ja tych podobieństw jakoś nie zauważyłam, ale Dyrektor Akademii to taki Snape, tylko pięć razy gorszy. Kiedy ktoś na każdym kroku powtarza Ci, że trzeba odsiać kandydatów, bo dostać może się tylko piętnaście osób, a większość z uczniów to i tak nieudacznicy… Cóż, mi by się odechciało. Niemniej jednak bohaterowie walczą o te marzenia z zapartym tchem. Szczególnie główna bohaterka, która musi poświęcić więcej czasu na treningi i naukę niż inni, gdyż zwyczajnie od nich odstaje. Wydaje mi się, że to jest jedyny plus tej książki – ta jej upartość w dążeniu do celu. 

 

Miałka główna bohaterka

Jednakże sama główna bohaterka tak mnie irytowała przez całą historię, że niejednokrotnie narzekałam na nią Aquariusowi. Jego podsumowanie trafia w sedno - „Czekaj, czy to nie jest właśnie tak, że ona startuje do tej frakcji do której jest najciężej się dostać, a jest najgorszym uczniem na roku?” – właśnie tak jest. Znowu mamy sztampowość. Ryiah jest bardzo specyficzna. Fakt faktem, uparta i skora do poświęceń, ale jeśli chodzi o wszystko inne… Tragedia! Od samego początku z błahego powodu (choć ja nawet nie określiłabym tego powodem) nie pała sympatią do Księcia, który również stara się o przyjęcie do Akademii. A może to przez jego status? Sama pochodzi z ubogiej rodziny, więc wyniosłość arystokracji może w nią uderzać, no ale… Kurcze. Do pewnego momentu ma się wrażenie, że główna bohaterka z nienawiści wręcz prześladuje tego Księcia. Wszędzie go widzi. Wszędzie w myślach krytykuje jego czyny. Wszędzie go szuka. Przywołuje jego postać w głowie. Oczywiście nie ma tutaj żadnych superlatyw. Dopiero po jakimś czasie ich znajomość się w jakiś sposób zaczyna i mamy tutaj przeplatanki takich dwubiegunowych zachowań. Naprawdę nie lubię jak bohaterki są tak bezmyślne, oceniające i niezdecydowane – „Lubię go. Nienawidzę. Może jednak jest dobry. Nie to okrutnik, nienawidzę go” – w tym miejscu wyobraźcie sobie wymiotującego kota. Generalnie relacje pomiędzy bohaterami są trochę płytkie, takie nijakie i oczywiście mamy schemat z wrogiem numer jeden, numer dwa… W tym aspekcie nie pojawia się nic innowacyjnego. Nie żebym oczekiwała tego od młodzieżówki, ale jednak chyba chciałam czegoś więcej.

 

Czarny Mag

To może pozytywy?

Większość wątków w tej książce jest przewidywalna, ale dobrze opisana, więc przyjemnie się czyta. Książka przedstawia wręcz z precyzyjną dokładnością to jak wyglądają zajęcia, testy i treningi, którymi są raczeni uczniowie i to też jest na plus. Możemy się wczuć, jakbyśmy sami starali się dostać do tej Akademii. Także część zakończenia została bardzo dobrze poprowadzona, jednak stricte to, które decyduje o losie Ryiah już uznałabym za średnie.

Bohaterowie poboczni są i tyle. Jakoś specjalnie nie zostajemy wtajemniczeni w ich życiorysy, czy cechy charakteru. Trochę bliżej pokazani są nam Alex, czyli brat Ryiah oraz Ella, jej przyjaciółka od pierwszych stron książki (swoją drogą, jak można się tak szybko z kimś zaprzyjaźnić?). Jednak chyba jakoś specjalnie się z nimi nie zżyłam.

Podsumowując – książka ta jest typową wręcz do bólu młodzieżówką, która skupia w sobie wszystkie utarte schematy. Mamy denerwującą główną bohaterkę, która jest nieudolna, ale za wszelką cenę chce dostać się do najtrudniejszego oddziału. Mamy szkolne niesnaski pomiędzy Ryiah i inną uczennicą. Mamy jej niezrozumiałą nienawiść do Księcia. W tym aspekcie książka wygrywa. W mojej ocenie jednak jest to przeciętniak i ratuje ją jedynie to, że nie odłożyłam ją na półkę po tych stu trzydziestu stronach, tylko przeczytałam w całości.

Myślałam, że moja opinia co do niej zmieni się, jeśli odczekam kilka dni i przetrawię, ale niestety. Nie polecam. Choć, co prawda zaczęłam czytać drugi tom (kupiłam kiedyś oba na promocji) i tutaj jest odrobinę lepiej, ale i tak czuję się jakbym czytała opowiadanie – to z serii takich, które pisałam w wieku trzynastu lat.

 

OCENA: 5/10

 

"Pierwszy rok. Czarny Mag."
Rachel E. Carter
Tł. Emilia Skowrońska
Wyd. Grupa Wydawnicza Foksal

Scarlett

października 24, 2020

Ukochane równanie profesora - Yoko Ogawa

Ukochane równanie profesora - Yoko Ogawa

Ukochane równanie profesora

Literatura azjatycka jest inna, niejednoznaczna. Przez co często trudna w odbiorze. Większość książek japońskich autorów, jakie znam, czyta się ciężko. Natomiast przez historię stworzoną przez Yoko Ogawę wręcz się płynie. Słowa przelatują wokół niczym piórko na wietrze, ale nie opuszczają nas od razu. Zostają na dłużej i sprawiają, że zaczynamy się zastanawiać – dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Co my byśmy zrobili na miejscu bohaterów powieści…

Wyobraźcie sobie, że spotykacie pasjonata matematyki, który wręcz żyje liczbami. Widzi w nich piękno i prawdziwe arcydzieło. Uważa, że zgłębianie tej nauki jest jak zaglądanie w karty pisane przez Boga. Odkrywanie ich krok po kroku, wyrywaniu odrobinki dla siebie. Czy zastanawialiście się kiedyś, skąd się wzięły liczby? „One istniały od dawna, my tylko staliśmy się świadomi ich istnienia.”.

„Ukochane równanie profesora” to opowieść o przyjaźni – głębokiej, szczerej i trochę dziwnej – która pomimo tego, że musi być odbudowywana co osiemdziesiąt minut, trwa wiele lat. Profesor matematyki w wyniku nieszczęśliwego wypadku w dość młodym wieku doznał uszkodzenia mózgu do tego stopnia, że jego pamięć przestała zapisywać zdarzenia. Jego życie od tamtej pory przypominało kasetę wideo z taśmą zawierającą miejsce na godzinę dwadzieścia minut, po której następował reset. Przez co wszystko musiał sobie zapisywać. Pewnego dnia w jego życiu pojawia się gosposia z synem, którego Profesor od razu nazywa Pierwiastkiem. Łącznikiem tych odrębnych światów staje się matematyka i baseball. 

 

„Matematyka jest jak gwiazdy, nie da się wyjaśnić ich piękna.”

Czytając tę książkę czułam się jakbym była w domu Profesora i śledziła losy bohaterów na bieżąco. Wraz z nimi odczuwałam te same emocje, tę samą ciekawość. Niemalże czułam zapach papierów porozrzucanych w gabinecie Profesora. Powieść ta została napisana w sposób lekki, ponieważ nie męczy, ale zarazem złożony, ponieważ daje do myślenia i pozostaje w głowie na dłużej.

Sama postać Profesora jest intrygująca – poznajemy go jako mężczyznę, który nie widzi świata poza liczbami. Niemniej jednak, gdy spotyka na swojej drodze Pierwiastka dostrzegamy, że jest to również bardzo opiekuńcza osoba, która otacza ciepłem tych na których jej zależy. Z każdą kolejną stroną powieści chcemy dowiedzieć się o nim więcej. O tym, jaki jest teraz. O tym, jaki był kiedyś. I nasza ciekawość zostaje zaspokojona. Dowiadujemy się wszystkiego, ale autorka dozuje te informacje w taki sposób, że wciąż pozostajemy nienasyceni.

Opisana w tej książce przyjaźń sprawiła, że ona sama została moim przyjacielem i na pewno znajdzie miejsce na regale wśród tych wyróżnionych.

 

OCENA: 10/10

 

"Ukochane równanie profesora"
Yoko Ogawa
Tł. Anna Horikoshi
Wyd. Tajfuny, 2019

Scarlett

października 16, 2020

W krainie piłkarskich bogów - P. Dumanowski, D.Guziak

W krainie piłkarskich bogów - P. Dumanowski, D.Guziak

W krainie piłkarskich bogów

Niedawno wspominałem, że Quidditch jest lepszy od piłki nożnej. Podtrzymuję tamto stanowisko, no ale… Piłka nożna jest tu i teraz, a z Quidditchem to wiadomo jak bywa. Ta recenzja jest dziełem absolutnego przypadku – pojechaliśmy na zakupy, weszliśmy do Empika coś sprawdzić, a wyszliśmy z trzema nowymi książkami. „W krainie piłkarskich bogów” zaciekawiło mnie tym, że jest to pozycja popełniona przez dziennikarzy Eleven Sports, a prywatnie uważam że stacja ta zatrudnia bardzo dobrych pasjonatów.

Książka traktuje o włoskiej Serie A – obecnie jednej z czterech (obok Premier League, La Liga oraz Bundesligi) najsilniejszych lig Europy. Podtytuł „O Polakach w Serie A” początkowo mnie trochę zniechęcał, bowiem mam wrażenie, że nieco za bardzo zachwycamy się byle kim, kto tylko ma szansę na zrobienie kariery na Zachodzie – idealnie nada się jako przykład Krzysztof Piątek. Nie jest to byle kto, ale niektóre media w Polsce traktowały go niemal tak jak Roberta Lewandowskiego. Różnicy między nimi raczej wyjaśniać nie trzeba. Jednak po przeczytaniu tej książki mogę stwierdzić, że jest to bardziej wabik na niektórych kibiców, co dla mnie osobiście jest niezwykłą zaletą (tak, jestem dziwny). Książka bardzo luźno i ciekawie traktuje o całokształcie włoskiej piłki.

Tu słowo wyjaśnienia – Serie A ostatni wielki sukces w Europie zanotowała w 2010 roku. Inter Mediolan sięgnął wtedy po Ligę Mistrzów. Od tamtej pory piłkarską Europą zawładnęła Hiszpania, a liga włoska borykała się z dużymi problemami. Od 2012 roku nieprzerwanie Mistrzem Włoch jest Juventus, a najwyższym osiągnięciem włoskiego klubu na europejskiej arenie był finał Ligi Mistrzów, także dla nich, w latach 2015 i 2017. Tymczasem w latach 2010-2019 w 9 finałach, hiszpańskie kluby zagrały aż osiem razy, bijąc na głowę resztę Europy. Niemoc pozostałych włoskich klubów skazuje całą ligę na duże cierpienia, nie wspominając o tym co obecnie prezentują sobą takie legendy jak AC Milan czy Lazio.

 

W krainie piłkarskich bogów

A jednak włoska piłka ma w sobie to coś. I właśnie „to coś” jest tematem przewodnim książki. Polacy z Serie A pełnią tutaj rolę przewodników po tym niezwykłym świecie. Świecie, gdzie Wojtek Szczęsny może bezkarnie kurzyć fajki ze swoim starszym kolegą Gigi Buffonem. Świecie, gdzie wypicie wina do kolacji jest czymś absolutnie normalnym. I wreszcie świecie, gdzie największe gwiazdy mają status nadludzi – im wolno więcej. Autorom książki udało się porozmawiać z Wojciechem Szczęsnym, Krzysztofem Piątkiem (obecnie gra w Bundeslidze), Bartoszem Bereszyńskim, Bartoszem Salomonem i wieloma innymi osobami, które grały, bądź grają w Serie A. Kilka zdań do książki powiedział również ten, który lata temu przecierał szlaki, czyli dzisiejszy prezes PZPN Zbigniew Boniek.

Dziennikarzom Eleven udało się uchwycić w bardzo ciekawy sposób ducha ligi włoskiej, tak nieodłącznie związanego z mentalnością i sposobem bycia samych Włochów. Wiele lat temu miałem okazję na własnej skórze przekonać się, że ich punktualność jest taka sama jak znajomość języków obcych – żenująca. Mimo to, są to niezwykle sympatyczni ludzie, a ich sposób życia może nas skłonić do myślenia. Temu zagadnieniu poświęcono również sporo miejsca w książce. Skoro przypadek sprawił, że ta recenzja w ogóle powstała, to zakończę ją przypadkowym cytatem z tej pozycji: „Tutaj możesz mieć pewność, że za palenie pod prysznicem nikt karnie nie wyśle cię do Rzymu” (słowa Wojtka Szczęsnego o lidze włoskiej).

 

OCENA: 7,5/10

 

„W krainie piłkarskich bogów. O Polakach w Serie A”
Piotr Dumanowski, Dominik Guziak
Wyd. Otwarte, 2020

Książka pochodzi ze zbiorów autora.

Aquarius

października 04, 2020

Emily w Paryżu - Darren Star [NETFLIX]

Emily w Paryżu - Darren Star [NETFLIX]

 

Emily w Paryżu - Netflix

Scarlett: Idealny na oderwanie się od rzeczywistości, relaksujący i zabawny serial, który zawiera wiele stereotypów wysmakowanie obróconych w żart. „Emily w Paryżu” to subtelne połączenie elegancji pokazanej w „Seksie w Wielkim Mieście” oraz poczucia humoru, z jakim mogliśmy zetknąć się w „Dziennikach Bridget Jones”. My byliśmy zachwyceni tym, jak scenarzyści pokazali życie w Paryżu i relacje Amerykanki z jego mieszkańcami. Mamy tu zderzenie dwóch światów, które przedstawiono w sposób znany raczej z historii opowiadanych w stereotypach. W stylu: „Jadąc do Francji, zginiesz, jeśli nie znasz języka francuskiego” i cóż… Serial ten jest tym naszpikowany, niczym szaszłyk.

Aquarius: Scarlett niemal wyczerpała temat, więc dodam tylko, że gdybym był Francuzem, po obejrzeniu tego serialu po prostu obraziłbym się na platformę i zakończył subskrypcję. Ale jako osoba absolutnie postronna, mogę śmiało powiedzieć, że sposób w jaki przedstawiono różne postacie jest niesamowicie zabawny – są to ludzie baaardzo stereotypowi, ale w sposób tak do bólu szczery i śmieszny…

 

Ringarde!*

Scarlett: W samą historię zostajemy wrzuceni bez jakiegokolwiek wprowadzenia, co jednak przestaje przeszkadzać, gdy poznajemy główną bohaterkę – Emily, a zresztą wszystkiego możemy się domyśleć z kontekstu. Dziewczyna ta, pracownica firmy marketingowej, z powodu nieoczekiwanych wydarzeń, nie znając języka francuskiego, zostaje wysłana do Paryża, aby tam wnieść „amerykański punkt widzenia” na promocję różnych marek. Nie spotyka się to jednak z ciepłym przyjęciem, przez co cała produkcja jest niesamowicie wciągająca. Z każdym odcinkiem, wraz z Emily odkrywamy coraz więcej Paryża. Jego uroków i zakamarków. Poznajemy Francuzów od tej drugiej strony. Zostaje nam mianowicie przedstawiony ich punkt widzenia na pracę i związki.

W serialu tym pojawia się tyle stereotypów, że głowa mała i nie dotyczą one wyłącznie Francuzów, ale również Niemców oraz Amerykanów. Nie są one jednak obraźliwe. Widzimy jak bardzo we Francji ceniona jest miłość, pasja i namiętność, a w Ameryce praca i rozwijanie własnej kariery. To i żarty słowne oraz sytuacyjne, jakie scenarzyści bardzo umiejętnie wpletli w fabułę, po prostu urzeka!

Aquarius: Koncepcja „Emily w Paryżu” dość mocno opiera się o dzisiejsze trendy marketingu opartego o influencerów oraz instagramerów, którzy swoją popularnością przyczyniają się do budowania siły danej marki. Jak bardzo świat Instagrama i marketingu jest ze sobą powiązany twórcy serialu dają nam odczuć niemal na każdym kroku.

Wręcz kultowa już niechęć francuzów do osób, które mają czelność przyjechać do ich wspaniałego kraju nie znając ich wspaniałego języka jest tutaj wyniesiona do granic absurdu – Emily na każdym kroku spotyka się z niechęcią „tradycjonalistów” do niej, tylko dlatego, że mówi wyłącznie po angielsku. Jest to o tyle zabawne, że niemal zawsze prowadzi do bardzo kłopotliwych sytuacji. A jeśli dodamy do tego fakt, że niezwykle łatwo tutaj o wpadkę językową (ot, chociażby zamówienie croassanta z… prezerwatywą)… 

 

Kurczak czy penis?

Aquarius: Produkcja jest zrobiona bardzo dobrze – widać, że ktoś przyłożył się mocno do scenariusza, co poznać można po mnóstwie smaczków. Ot, chociażby pewne francuskie słówko, które brzmi dokładnie jak angielskie określenie pewnej męskiej części ciała. Cały dialog brzmi bardzo niewinnie, dopóki nie zorientujemy się jak to wygląda z angielskiej perspektywy. A to tylko jeden z wielu takich momentów. Pod względem aktorskim także nie można mieć zarzutów – tutaj również pojawiło się wiele do bólu stereotypowych postaci czy wizerunków, ale aktorzy wykonali swoją pracę niezwykle dobrze.

Scarlett: Dosłownie każdy bohater w „Emily w Paryżu” jest na swój sposób wyjątkowy i ma cechy charakteru, które odróżniają go od innych. Dla przykładu, Emily ma swoje zasady w życiu osobistym i w pracy, które jasno artykułuje i się ich trzyma. Wpada na genialne pomysły (momentami może nawet zbyt często) i nie boi się ich prezentować innym, mimo iż czasami nie zostaje to dobrze przyjęte. Sylvie, twarda szefowa, która nie daje sobie w kaszę dmuchać, a jednocześnie przejawia gdzieś w głębi okruchy dobroci, do samego końca jest jak żyleta. Współpracownicy Emily z agencji reklamowej również są bardzo wyraziści – dbający o wygląd Julien oraz rzucający niewybredne seksualne żarty, jego najlepszy kolega. Nie sposób także pominąć postaci takich jak Madeline, która jest zafascynowana Francją równie jak Emily i wzajemnie pokazują sobie różne aspekty życia w tym kraju, czy też Camille i Gabriela, bohaterów tak ważnych, że zdradzanie więcej byłoby wręcz spoilerem. 

 

Paryż wart jest mszy

Aquarius: Plusy z mojej perspektywy? Główna bohaterka nie jest puszczalską młódką zagubioną w Paryżu. Jest odważna, pewna siebie, ale nie idzie do łóżka z byle kim (zwykle…), co jest dość częstą przypadłością tego typu seriali. Ponadto wiele postaci wykreowanych jest nadzwyczaj dobrze, co również nie jest aż tak częste. Nie spotkamy tutaj nikogo, kogo określilibyśmy jako „banał”. Każdy dodaje coś od siebie, co niezwykle dobrze oddziałuje na całość. No i oczywiście widoki. Oh, tak bardzo jak nie lubię Francji, tak bardzo zazdroszczę im Paryża. Patrząc na te pejzaże i najazdy z powietrza, zdecydowanie rozumiem Henryka IV, który zmuszony do przejścia na katolicyzm przed objęciem francuskiego tronu miał powiedzieć „Paryż wart jest mszy”.

Nasza ocena? Warto! Zdecydowanie warto obejrzeć ten serial! Wszystko tutaj zagrało niezwykle dobrze i bardzo ciężko jest znaleźć jakieś większe wady i mankamenty. Mamy nadzieję, że Netflix planuje wydanie drugiego sezonu oraz że będzie on trzymał taki poziom, jaki nakreślił pierwszy. Życie Emily w Paryżu dopiero się skomplikuje i już nie możemy się tego doczekać!

 

*fr. Ringarde – z tłumaczeniem tego zwrotu mieliśmy nieco problemów. W serialu na angielski przełożono to jako „basic”, co po polsku znaczyłoby „prosty”, ale Netflix zaserwował nam zwrot „prymitywny”. Google natomiast twierdzi, że znaczy to tyle co „staromodny”. Bab.la tłumaczy to jako „out of style”, co mniej więcej można określić jako „niemodny”. Najbardziej do kontekstu serialowego pasuje oczywiście wybór Netflixa, ale… No właśnie 😃

 

OCENA: 10/10

 

Koniecznie dajcie znać, czy oglądaliście i jakie jest Wasze zdanie na temat tego serialu!

października 02, 2020

Zapytaj Astrounautę - Tim Peake

Zapytaj Astrounautę - Tim Peake

Zapytaj Astronautę - Tim Peake

Muszę przyznać, że kolekcja książek o luźnej tematyce „kosmicznej”, które mogę położyć na półce „Przeczytane” rośnie i niedługo osiągnie całkiem pokaźne rozmiary. Dzięki temu mogę porównać pozycję Tima Peake’a do innych tego typu książek i… No właśnie.

Mam nieco mieszane uczucia. Niezwykle podobała mi się książka Chrisa Hatfielda, pierwszego kanadyjskiego dowódcy ISS, która w dość humorystyczny sposób przedstawiała wiele aspektów życia na stacji kosmicznej. Oczywiście, Chris pisał swoją książkę z perspektywy dowódcy wyprawy, ale nadal uważam że jest to jedna z lepszych pozycji w tej tematyce. Tymczasem „Zapytaj Astronautę” to bardzo rozbudowane, opatrzone wieloma rysunkami i zdjęciami, ale tylko Q&A z astronautą. Być może wynika to z mojego niedopatrzenia, być może po prostu nikt o tym nie informował, ale pozycja jest raczej przeznaczona dla młodszych czytelników (a przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie). 

 

Jak to jest żyć w kosmosie?

Pytania prezentowane w książce prawdopodobnie zbierane były przez dłuższy czas z różnych miejsc – portali społecznościowych itp. Do merytoryki nie można się zbytnio przyczepić – wielki plus za niezwykle szczegółowe opisanie procedur startu i lądowania statku Sojuz. Niektóre szczegóły są nieco… szokujące, no ale ten światek rządzi się swoimi prawami. Zabrakło mi trochę dokładniejszego opisu przeprowadzanych na stacji kosmicznej doświadczeń, czy badań. Nieco ubogo wygląda także opis spaceru kosmicznego, który Tim odbył podczas swojej misji.

Jest jednak jeden, bardzo duży plus tej książki – Tim Peake nie zaczyna swojej opowieści od przydługiego i nieco zbyt szczegółowego życiorysu (co niejednokrotnie doprowadza do szewskiej pasji – ileż razy można czytać o wzorcowym, niemal bez skazy, życiu późniejszego bohatera), lecz pokrótce tylko opisuje swoją drogę do kariery astronauty.

Mam duży problem z oceną tej książki. Jestem nieco zawiedziony jej formułą i treścią, ale jednocześnie zawiera ona wiele wartościowych informacji. Czasem przydałoby się dodatkowe wyjaśnienie pewnych rzeczy, nawet w przypisach. Czy warto przeczytać? Myślę, że tak. Czy warto kupić? To już zupełnie inna kwestia. 

 

OCENA: 6.5/10


Zapytaj Astronautę
Wszystko, co powinieneś wiedzeć o podróżach i życiu w kosmosie
Tim Peake
Tł. Zbigniew Kościuk
Wydawnictwo Kobiece, 2018

Książka pochodzi ze zbiorów autora

Aquarius

września 27, 2020

After - Roger Kumble, Jenny Gage

After - Roger Kumble, Jenny Gage

After film

 

Aquarius: Staram się unikać złych filmów. Tak po prostu – jeśli wiem, że coś mnie znudzi, nie zaciekawi po prostu to omijam. Tym razem zostałem niejako zmuszony do obejrzenia pewnego filmu, który jest… Cóż, po prostu zły. „After”, bo o tym mowa, to chyba jedna z gorszych rzeczy, jakie widziałem w życiu, a oglądałem chociażby mecze Polaków na Mundialu w Rosji, więc konkurencja jest spora.

Podobno film oparty jest na książce/fan ficku/czymkolwiek – nie wiem, tutaj oddaję głos Scarlett. Tak czy inaczej – nie znam pierwowzoru, więc ocena dotyczyć będzie wyłącznie filmu, jego fabuły i konstrukcji.

Scarlett: Obejrzenie filmu „After” było moją świadomą decyzją. Czytałam fanfiction na Wattpadzie, znam także historię z książki, więc i ku temu wypadało się pochylić. Kierowała mną ciekawość i to ona mnie zgubiła, bo jak to się mawia „ciekawość to pierwszy stopień do piekła”. Cóż, przynajmniej nie mogę powiedzieć, że wynudziłam się przez te półtorej godziny, bo komentowałam głośno wszystkie potknięcia scenarzystów.

Sama historia opowiada o Tessie, poukładanej i spokojnej dziewczynie, która wyjeżdża na studia do innego miasta, a tam jej uporządkowany świat legnie w gruzach, ponieważ poznaje buntowniczego Hardina. Ekhem, w którym miejscu w filmie był on właśnie taki? Niestety nie zauważyłam.

 

Romans jak każdy inny

Aquarius: Zacznijmy od tego, że jest to absolutnie do bólu klasyczny romans – konstrukcja jest absurdalnie prosta i nie ma tutaj żadnej innowacji. Ot, dwójka ludzi z różnych światów spotyka się, zakochuje w sobie, po sielance następuje nagły zwrot akcji zakończony burzliwą awanturą i pozornym rozstaniem, aby w finale parka znowu… A nie, czekaj – finał jest dość niejednoznaczny. Pomijając ogół fabuły, który mnie absolutnie znudził, cały film przypominał serię nieco przypadkowych scen połączonych ze sobą tylko wątkiem głównych bohaterów. Niejednokrotnie akcje dziejące się w danej scenie przyprawiały mnie o potężny zawrót głowy i nasuwały masę pytań: ale jak? skąd? po co?

Scarlett: Postać Hardina w książce przedstawiona została jako bad boya, którego przeszłość była bolesna i smutna. Tutaj natomiast jedyne co ma w sobie z niegrzecznego chłopca to czarne ubrania, tatuaże i chęć do imprezowania. Bohater ten został tak spłycony, że nie da się w nim dostrzec tego złego, niepanującego nad własnymi emocjami człowieka. Hardin po prostu… jest. I tyle, serio.

Jeżeli chodzi o Tessę, to tutaj zachowano więcej powiązań z jej literackim pierwowzorem, jednak autorzy na siłę chcieli pokazać, że jest ona cicha, poukładana i dużo czyta. Sam początek filmu to krótkie migawki z jej życia na uniwersytecie, które nic do fabuły nie wnoszą i śmiało można byłoby zastąpić je wartką akcją, bądź scenami, które perfidnie wycięto. Jeżeli scenarzyści chcieli przedstawić charaktery bohaterów, to wybrali najgorszy sposób z możliwych.

Aquarius: Scarlett wielokrotnie podkreślała, że główny bohater jest w książce przedstawiony jako bad boy. Ileż to książek, ileż to filmów kręci się wokół tego tematu – dobra dziewczyna zakochuje się w niegrzecznym chłopcu i on dla niej się zmienia. Tymczasem tutaj… Cóż, film spłycił nam jego postać do… Właśnie nie wiem. Jest on tak bezpłciowy i nijaki, że nazwanie go bad boyem obraża każdego, kto kiedykolwiek dostąpił tak zaszczytnego tytułu. Pozostaje liczyć na to, że książka traktuje ten temat zdecydowanie lepiej. 

 

After film

Scarlett: W całym filmie podobała mi się tylko jedna scena, którą odwzorowano idealnie. Reszta to… tragedia. Wyobraźcie sobie, że scenarzysta na chybił trafił wybiera sobie fragmenty z książki, przycina je dowolnie, a następnie tworzy z tego film. A teraz odpalcie After, bo tak właśnie musiała powstać ta produkcja. Brak powiązań między wydarzeniami, brak jakichkolwiek wyjaśnień. Jesteśmy wrzucani w akcję, której nie da się zrozumieć bez kontekstu. A tego też nie można nigdzie znaleźć. Nie wiemy dlaczego Hardin jest taki jaki jest, ale hej… W sumie w filmie i tak jest nijaki, więc nawet nie musimy tego wiedzieć.

Sama gra aktorska to porażka po całości. Jeżeli myślicie, że Bella ze Zmierzchu jest królową jednej miny, to tutaj zyskała sporą konkurencję. Były może ze dwie sceny w których mogłabym stwierdzić, że aktorzy wykazują się jakimikolwiek emocjami.

Aquarius: Oglądałem kilka romansów, co prawda były to wysokobudżetowe filmy z gwiazdorską obsadą, ale każdy z nich wnosił coś nowego i ciekawego. „Dziennik Bridget Jones” to po prostu przezabawna komedia, „To właśnie miłość” jest absolutnie jednym z moich ulubionych filmów, a nawet filmy realizowane przez duet Hanks – Ryan były czymś innym niż klasyczny romans. Czemu w przypadku „After” to nie wypaliło? Nie wiem. Możliwe że pierwowzór był słabym materiałem, ale patrząc na oceny w internecie (książka 7/10, film 5/10) raczej wątpię. 

 

Kiepska realizacja

Scarlett: Podsumowując, przez pierwsze pół godziny filmu wieje nudą, później jesteśmy wrzucani w akcję bez jakiegokolwiek wytłumaczenia. A wszystko toczy się jakimś dziwnym torem. Na próżno szukać tutaj konstruktywnych dialogów, a nawet jakiegokolwiek sensu. Film stracił dużo z książki. Gdybym nie znała tej historii, prawdopodobnie nie chciałabym nawet kończyć jego oglądania. Tak to przynajmniej trzymała mnie przy tym ciekawość, jak dużo zmienili. Niestety, równie dobrze mogłabym powyrywać z książki kartki, rozrzucić je na podłodze i czytać je na chybił trafił. Ten film nie miał żadnego sensu. Nie nazwałabym go nawet streszczeniem. Pominięto zbyt wiele kwestii, które tłumaczyłyby zachowania i decyzje bohaterów. Nie jest to nawet komedia romantyczna. Kojarzycie filmiki na YouTubie, które robią czasem autorzy opowiadań (tzw. trailery)? Taki jest właśnie ten film.

Aquarius: Film sam w sobie jest po prostu słaby – czasem jest tak, że braki w fabule bronią się dobrą grą aktorską, fajnymi plenerami i ciekawą muzyką. Tutaj nie zagrało absolutnie nic. Nie ma sensu rozpisywać się na ten temat, bo w niektórych momentach było to po prostu straszne. Jedyne na co zwrócę uwagę, to dość kiepski dobór muzyki w niektórych momentach.

Oszczędzimy sobie dalszego pastwienia się nad tą produkcją – mamy nadzieję że tych kilkanaście linijek wystarczy aby dobitnie wytłuścić jakie jest nasze zdanie na temat tego filmu. A ocena powinna ostatecznie rozwiać wszelkie wątpliwości:

OCENA: 2/10

września 26, 2020

Współlokatorzy - Beth O'Leary

Współlokatorzy - Beth O'Leary

Współlokatorzy

„Tiffy i Leon w jednym łóżku zasypiają… Tiffy i Leon w ogóle się nie znają!” – tyle dobrych opinii czytałam i słyszałam o tej książce. Kupiłam ją, ponieważ moja przyjaciółka roztkliwiała się nad tym, jaka ta historia jest niesamowita. Pochłonęła ją w kilka godzin, a ja właśnie czegoś takiego potrzebowałam. Pragnęłam przeczytać książkę, dzięki której mogłabym się odprężyć i oderwać myśli od codzienności. Tymczasem otrzymałam powieść, która przez około dwieście stron ciągnęła się dla mnie jak flaki z olejem i pokrywała coraz to większym absurdem. 

 

Niecodzienni współlokatorzy

Pierwsza rzecz, jaka od razu rzuciła mi się w oczy i kuła przy czytaniu, to styl – dlaczego autorka zdecydowała się akurat na to, aby punkty widzenia bohaterów miały całkiem inny typ dialogów? Jak Tiffy prowadzi rozmowy, to konwersacje zawsze zaczynają się od myślników. U Leona natomiast najpierw mamy imię, a potem kwestię jaką wypowiada dany boohater. Poniekąd rozumiem zamysł autorki, ale niestety go nie pochwalam. Podobał mi się pomysł przewodni książki – dzielenie łóżka przez obce sobie osoby, ale w innym czasie. Leon pracuje w hospicjum na nocne zmiany, więc Tiffy, która jest redaktorką, może sobie odpoczywać w spokoju. Tutaj nie mam żadnych zastrzeżeń. Zacznijmy jednak od tego, dlaczego taka przebojowa, nietypowo wyglądająca dziewczyna, znalazła się w mieszkaniu dosyć mocno nieśmiałego i wycofanego mężczyzny (który na dodatek ma dziewczynę?). Otóż, zerwał z nią chłopak. Do tego czasu, wszystko jest w porządku. Zdarza się. Ludzie się przecież czasami rozstają i muszą się wyprowadzić. Mamy tutaj łzy i rozpacz, a Leon potrzebuje pieniędzy z wynajmu. Nadal ok. Jednak nagle dostajemy w twarz faktem, iż były chłopak Tiffy jest psychopatą i ją prześladuje. Serio? SERIO? W tym przypadku również rozumiem zamysł, ale kompletnie nie przypadł mi do gustu sposób w jaki ten schemat został wprowadzony. Niestety od tej pory, w tym aspekcie jest już tylko równia pochyła. 

 

Współlokatorzy książka

Luźna historia romantyczna

Skoro zaczęłam z grubej rury i wyrzuciłam z siebie, co mi w tej książce nie pasowało, przejdę może do pozytywnych aspektów. Na plus oceniam charaktery głównych postaci – ekstrawagancką Tiffy z zamiłowaniem do niepasujących do siebie ubrań oraz cichego, poukładanego i nieokazującego za bardzo emocji Leona. Także ich przyjaciele zostali przedstawieni w bardzo ciekawy i wyrazisty sposób. Podobał mi się wątek brata Leona – Richiego i jego problemów z prawem. Pomijając wcześniej wymienione minusy, rodząca się pomiędzy głównymi bohaterami miłość została przedstawiona w bardzo subtelny sposób. Trochę jak podchody. Bardzo przyjemnie czytało się również karteczki, które pozostawiali sobie w różnych miejscach mieszkania. Wiecie, było czuć ten romantyzm, już od samego początku. Chyba tego najbardziej szukałam w tej książce, dlatego ostatecznie jej nie skreśliłam.

Pozycja idealna na jeden wieczór i jak już się przebrnie przez te około dwieście osiemdziesiąt stron, to nawet nie można się oderwać. Mimo wszystko jednak, czułam się, jakbym czytała opowiadanie na Wattpadzie, a nie książkę.

Fajne na raz. 

 

OCENA: 5/10

Scarlett