„Tiffy i Leon w jednym łóżku zasypiają… Tiffy i Leon w ogóle się nie znają!” – tyle dobrych opinii czytałam i słyszałam o tej książce. Kupiłam ją, ponieważ moja przyjaciółka roztkliwiała się nad tym, jaka ta historia jest niesamowita. Pochłonęła ją w kilka godzin, a ja właśnie czegoś takiego potrzebowałam. Pragnęłam przeczytać książkę, dzięki której mogłabym się odprężyć i oderwać myśli od codzienności. Tymczasem otrzymałam powieść, która przez około dwieście stron ciągnęła się dla mnie jak flaki z olejem i pokrywała coraz to większym absurdem.
Niecodzienni współlokatorzy
Pierwsza rzecz, jaka od razu rzuciła mi się w oczy i kuła przy czytaniu, to styl – dlaczego autorka zdecydowała się akurat na to, aby punkty widzenia bohaterów miały całkiem inny typ dialogów? Jak Tiffy prowadzi rozmowy, to konwersacje zawsze zaczynają się od myślników. U Leona natomiast najpierw mamy imię, a potem kwestię jaką wypowiada dany boohater. Poniekąd rozumiem zamysł autorki, ale niestety go nie pochwalam. Podobał mi się pomysł przewodni książki – dzielenie łóżka przez obce sobie osoby, ale w innym czasie. Leon pracuje w hospicjum na nocne zmiany, więc Tiffy, która jest redaktorką, może sobie odpoczywać w spokoju. Tutaj nie mam żadnych zastrzeżeń. Zacznijmy jednak od tego, dlaczego taka przebojowa, nietypowo wyglądająca dziewczyna, znalazła się w mieszkaniu dosyć mocno nieśmiałego i wycofanego mężczyzny (który na dodatek ma dziewczynę?). Otóż, zerwał z nią chłopak. Do tego czasu, wszystko jest w porządku. Zdarza się. Ludzie się przecież czasami rozstają i muszą się wyprowadzić. Mamy tutaj łzy i rozpacz, a Leon potrzebuje pieniędzy z wynajmu. Nadal ok. Jednak nagle dostajemy w twarz faktem, iż były chłopak Tiffy jest psychopatą i ją prześladuje. Serio? SERIO? W tym przypadku również rozumiem zamysł, ale kompletnie nie przypadł mi do gustu sposób w jaki ten schemat został wprowadzony. Niestety od tej pory, w tym aspekcie jest już tylko równia pochyła.
Luźna historia romantyczna
Skoro zaczęłam z grubej rury i wyrzuciłam z siebie, co mi w tej książce nie pasowało, przejdę może do pozytywnych aspektów. Na plus oceniam charaktery głównych postaci – ekstrawagancką Tiffy z zamiłowaniem do niepasujących do siebie ubrań oraz cichego, poukładanego i nieokazującego za bardzo emocji Leona. Także ich przyjaciele zostali przedstawieni w bardzo ciekawy i wyrazisty sposób. Podobał mi się wątek brata Leona – Richiego i jego problemów z prawem. Pomijając wcześniej wymienione minusy, rodząca się pomiędzy głównymi bohaterami miłość została przedstawiona w bardzo subtelny sposób. Trochę jak podchody. Bardzo przyjemnie czytało się również karteczki, które pozostawiali sobie w różnych miejscach mieszkania. Wiecie, było czuć ten romantyzm, już od samego początku. Chyba tego najbardziej szukałam w tej książce, dlatego ostatecznie jej nie skreśliłam.
Pozycja idealna na jeden wieczór i jak już się przebrnie przez te około dwieście osiemdziesiąt stron, to nawet nie można się oderwać. Mimo wszystko jednak, czułam się, jakbym czytała opowiadanie na Wattpadzie, a nie książkę.
Fajne na raz.
OCENA: 5/10
Scarlett



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz