Don’t get mad… Get even – nowy serial Netflixa opowiadający o czterech uczennicach prywatnej szkoły, które postanawiają, na własną rękę, wymierzać sprawiedliwość za nadużycia (niegodziwe zachowania wobec innych). Produkcja porównywana jest do Pretty Little Liars (pol. Słodkie Kłamstewka) i szczerze powiedziawszy, muszę przyznać temu stwierdzeniu rację. Obydwa seriale posiadają wyraźne charaktery kobiece, mają miejsce w liceum i zawierają podobny wątek kryminalny. Nawet ścieżka dźwiękowa z Intro jest bardzo zbliżona w obu produkcjach. Niemniej jednak, jeśli o samą fabułę chodzi, podobne nie są.
Pierwszy odcinek nie powala na kolana. Nic ciekawego się w nim nie dzieje. Co prawda, zaczyna się z grubej rury, ponieważ od razu dowiadujemy się na czym polega działalność klubu DGM (ang. Don't get mad, get even). Tego – założonego przez główne bohaterki i będącego motywem przewodnim serialu. Grupa, która ma wymierzać sprawiedliwość i to robi. Chociaż szczerze – sposób w jaki ujawniają one występki innych ludzi i ich „karanie” mocno przypomina popularne angielskie stwierdzenie bullying. Z drugiej strony, sama nie wiem jak inaczej można by dać nauczkę komuś, kto zrobił coś złego. Oczywiście, nie na tyle, by zgłosić to na policję. Akcja serialu rozkręca się już w drugim odcinku i to wtedy następuje ten moment w którym widz przepada na amen. Jeżeli mieliście inaczej – dajcie znać w komentarzach. Mnie całkowicie historia wciągnęła właśnie od tego momentu i trzymała w napięciu aż do końca.
I know all your secrets, I know all your lies
Mamy główne bohaterki, które zostały wykreowane w bardzo dobry sposób. Każda z nich ma całkiem inny charakter, inne podejście do życia, inne problemy osobiste, a mimo wszystko potrafią się ze sobą dogadać i zjednoczyć. Co prawda, już na samym początku jesteśmy w stanie w jakiś sposób rozgryźć ich dalsze „emocjonalne” losy (przynajmniej, jeśli chodzi o postać Olivii). Nie będę zdradzała o co chodzi, ponieważ na jaw to wszystko wychodzi dopiero pod koniec sezonu, ale bystry widz zauważy co nieco od razu. Zatem, poznajemy Olivię – piękną blondynkę – która należy do szkolnej elity i na pierwszy rzut oka raczej nie ocenimy jej pozytywnie. Jest też Bree – taki trochę emo wyrzutek – dziewczyna, która poprzez wygląd wyraża swoje uczucia do świata. Katie, stypendystka, kochająca i czynnie uprawiająca sport oraz Margot, geniuszka i outsiderka – najbardziej wycofana z całej czwórki. Każdą z nich z czasem trwania serialu poznajemy bliżej i zaczynamy darzyć sympatią.
Serial trochę taktuje o ich życiu prywatnym, związkach i o działalności DGM. Jednak najwięcej czasu poświęcone jest na zagadkę kryminalną, która została skonstruowana genialnie. Jestem osobą, która potrafi przewidzieć wiele akcji, ruchów, a nawet kwestii bohaterów produkcji, których nigdy wcześniej nie widziałam na oczy (Aquarius potwierdzi – mam nadzieję, że wytrzyma moje głośne wyrażanie myśli i skończy ze mną oglądanie Lucyfera!) i z ręką na sercu muszę powiedzieć – oglądając „Odwet” moje domysły zwykle się nie sprawdzały! Dopiero w siódmym odcinku trafiłam na trop, który faktycznie się potwierdził, a zważywszy na to, iż serial ma 10 odcinków, jest to bardzo dobry wynik. Zatem, jeżeli szukacie serialu, który Was zaskoczy, włączcie „Odwet”.
Jednak z góry muszę ostrzec, iż są tu też momenty w których ma się ochotę rzucić popcornem w ekran – w serialu tym od samego ujrzenia na ekranie pewnych postaci można poznać ich uczucia, ale trzeba czekać bardzo długo na ich rozwinięcie, a w przypadku niektórych dostajemy zdechłą rybą w twarz i pozostaje jedynie mieć nadzieję, że w drugim sezonie coś się z nimi ruszy. Niestety, jasnej zapowiedzi, że kontynuacja będzie, nie ma.
Kolejnym, mało zadowalającym widza aspektem, może okazać się to, w jaki sposób potraktowano przedstawienie niektórych pobocznych postaci. Na przykład, Ed – wszystko co z nim związane pokazano po macoszemu, przez co ja osobiście czuję niesamowity niedosyt. Od początku miałam nadzieję, że jego wątek zostanie rozszerzony, bo tak właśnie się zapowiadało, ale do samego końca jego postać pozostała w tle. Zdaję sobie sprawę, że w drugim sezonie pewnie dostanie swoje pięć sekund sławy, ale i tak wzdycham z rozczarowaniem.
Daj się zaskoczyć
Zakończenie było dobre – już chciałam rzec, iż jedna z głównych bohaterek jest po prostu głupia, ale zaskoczyła mnie jej decyzja. Zaintrygował mnie również inny fakt, który pewnie zostanie pociągnięty w drugim sezonie.
Osobiście uważam, że produkcja ta zasługuje na ocenę wyższą niż ma w serwisie Filmweb (6/10), ale oceńcie sami.
Podsumowując, jeżeli szukacie krótkiego serialu z dobrym motywem kryminalnym, nie zrażajcie się po pierwszym odcinku i oglądajcie dalej. Możecie też poczekać na moją pełną spoilerów recenzję, którą niebawem napiszę i opublikuję, jednak mam nadzieję, że ta soft wersja zachęciła Was do odpalenia Netflixa.
OCENA: 8/10
Scarlett


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz